Decyzja dyrektora Miejskiej Biblioteki Publicznej o wypowiedzeniu nam umów o pracę to zamach na “Notatnik…”, ale też na wolność słowa, gwarantowaną w Polsce przez konstytucję.
„Notatnik teatralny” to pismo legenda i bez dwóch zdań, jedna z najważniejszych kulturalnych instytucji w Polsce i decyzja Miejskiej Biblioteki Publicznej we Wrocławiu o wstrzymaniu wydawania pisma jest z pewnością wielką stratą. Jednak – choć to pismo z założenia niszowe i deficytowe, jak większość pism poświeconych kulturze wysokiej na świecie – ekonomicznie to decyzja uzasadniona, a roszczeniowa postawa dyrektora Mieszkowskiego wydaje się nieco nie na miejscu. Nawet najbardziej ambitne i niszowe pismo dobrze zarządzane jest bowiem w stanie osiągnąć lepsze wyniki niż dystrybucja w całej Polsce mniej więcej połowy z 900 egzemplarzy nakładu. A takie właśnie sa wyniki sprzedaży Notatnika, który przecież z pewnością zamawiają biblioteki i inne publiczne instytucje, a wiele egzemplarzy jest rozdawanych. Oznacza to, że pismo kupuje kilkadziesiąt osób w Polsce, czytuje – kilkaset. Wiele blogów jest bardziej opiniotwórczych. Czy dyrektor Mieszkowski zadał sobie pytanie, co zrobić by tą sytuację zmienić? Jak dotrzeć do czytelników? Jak znaleźć dodatkowe środki inne niż te przekazywane z miejskiej kasy? Oskarżyć bezdusznych urzędników jest najłatwiej, spróbować rozwązać problem – trudniej. Mecenat – a takim jest dokładanie do teatralnego pisma 300 000 złotych rocznie – jest ze swojej istocie działaniem dobrowolnym, okazaniem dobrej woli, a nie powinnością. Przed Polską kulturą jak widać jeszcze długa droga. Władze i biznes muszą zrozumieć, że rynek wbrew neoliberalnej utopii nie reguluje wszystkiego doskonale i wysoka kultura z natury jest deficytowa, a mimo to warto w nią inwestować, bowiem w dłuższej perspektywie zwraca się po tysiąckroć, choć nie koniecznie w formie szeleszczących papierków. Ale ludzie kultury również muszą wreszcie pojąć, że chcąc zapewnić bezpieczny byt instytucjom sztuki i swobodę twórczą artystom, muszą wykazać się inwencją i profesjonalizmem także w zakresie zarzadzania.
Wrocławski Sound to impreza mająca zaprezentować potencjał wrocławskiego niezależnego środowiska muzycznego. Cel szczytny ale powstaje pytanie – czy coś takiego w ogóle istnieje?
Wrocławska scena muzyczna jako koncept istnieje w powszechnej świadomości od niedawna. Zaczęło się, gdy sukcesy zaczął odnosić Robotobibok i, przede wszystkim, Skalpel, oraz – zaraz po nich -DigitAllLove, Miloopa czy Husky. Co poniektórzy recenzenci zaczęli nieśmiało przebąkiwać o „scenie wrocławskiej”. Przybywało też imprez ją prezentujących: Żywe Kultury Muzyczne, Podwodny Wrocław, Wropaganda czy właśnie Wrocławski Sound.
Jednak czy coś takiego jak wrocławski sound rzeczywiście istnieje? Chyba nie. Istnieje całkiem spora grupa zespołów wywodzacych się z tego miasta, ale wciąż interakcje między nimi sa zbyt skromne a różnice gatunkowe zbyt duże, by można było mówić o jakimś wspólnym pierwiastku. To raczej zbiór swobodnie orbitujacych muzycznych elektronów, które tylko czasem się zderzają ze sobą. Bowiem co, oprócz numeru kierunkowego, łączy wokalne MMI, jazzowy Mikrokolektyw, abstrakt hip hop L.U.C-a, minimalne pejzaże muzyczne Tomka Bednarczyka i industrialne All Sounds Allowed występujące na Wrocławskim Soundzie?
Po drugie – czy kolejne inicjatywy i imprezy prezentujące wciąż te same zespoły wrocławskiej, nieco już nimi znudzonej, publiczności, ma jakikolwiek sens? Wrocławianie znają i kochają, ale dużo do zrobienia jest POZA . Czy ktokolwiek za Odrą lub Bugiem wie coś o wrocławskim muzycznym potencjale? Wątpliwe.
Impartowo – Radio WrocLove’ska impreza potwierdziła potencjał, ale odpowiedzi na te pytania – nie dała.
W wybiórczej wywiad z Józefem Birką dotyczacy Ślaska i nowego stadionu, a w nim jedno zdanie, które miłujących kulturę wysoką bardziej niż fizyczną może przyprawić o spięcie mózgowia.
” Macie już pomysł, jak zapełnic 43-tysięczny stadion na Maślicach?
- Mamy wiele pomysłów, choć one wymagają współpracy z miastem i operatorem. Będziemy chcieli wykorzystać potencjał, jaki daje telewizja. Jeśli jako Polsat ściągniemy do Polski wielką gwiazdę, to zrobimy jej koncert we Wrocławiu. Przed meczami Śląska też możemy przeprowadzić szereg imprez, które będziemy transmitowali.”
Znając finansowe zasoby ale też stajl Polsatu, powstaje pytanie: bać się czy radować?
Jakoś Cieszyn nie ma szczęścia. Po ucieczce Nowych Horyzontów, którymi żyło całe miasto, do Wrocka, teraz kolejne dziecko dorosło i postanowiło się wyprowadzić.
Oficjalnym partnerem festiwalu Nowa Muzyka zostały Katowice i tam też pod koniec sierpnia zagości Krzysiek Stęplowski z ekipą. Wprawdzie NM zaczynała w Katowicach, ale dojrzałość osiągała w Cieszynie. No nic, szkoda. Nigdy na Nowe Muzyce nie udało się być i planowałem odwiedzić Cieszyn w tym roku i wypić bro w Wenecji.
No nic, ważne że w ramach rozgrzewki, do Wro w kwietniu zawita Bonobo!




